Mam na imię Mariusz, mam 21 lat i pochodzę z niewielkiego malowniczo położonego miasta. Chciałbym Wam przybliżyć moją historię, jak to się stało, że teraz jestem ceremoniarzem i służę przy Ołtarzu Pana.

Ministrantem postanowiłem zostać bardzo szybko, jeszcze przed przyjęciem Pierwszej Komunii Świętej, co w naszej parafii oficjalnie było niemożliwe. Jednak Pani katechetka, z którą miałem lekcje religii, widząca u mnie wielką chęć służenia Panu, postanowiła się za mną wstawić u księdza, który miał pod opieką ministrantów. Kapłan się zgodził. Udałem się na pierwsze spotkanie ministrantów, stres był ogromny. Na zbiórce byłem najmłodszy, starsi ministranci chcieli pokazać, kto tutaj rządzi, jednak nie poddawałem się. Przez pierwszy rok byłem kandydatem, wszystkiego uczyłem się powoli, poznawałem nazwy naczyń liturgicznych, zasady służenia. Z niecierpliwością czekałem, aż będę mógł zakładać komże z kołnierzem i być prawdziwym ministrantem. Po upływie roku, w którym po raz pierwszy przyjąłem Ciało Pana Jezusa, nadszedł moment gdy to kandydaci otrzymywali komże na zbiórce ministranckiej. Ja z przyczyn rodzinnego wyjazdu nie mogłem się udać na tą zbiórkę, sądziłem, że otrzymam komże, gdy pójdę do kościoła i zgłoszę się do księdza, jednak tak się nie stało. Na następnym spotkaniu, ksiądz mnie poinformował, że będę musiał teraz czekać kolejny rok. Nie przemawiały do niego żadne argumenty dotyczące mojej nieobecności na poprzedniej zbiórce. Po tym doświadczeniu poczułem się załamany, marzenia bycia ministrantem bardzo się oddaliły. Tak wielkie starania i wszystko na nic, dla tak młodego człowieka to bardzo wielki cios. Bojąc się szyderstw ze strony kolegów, którzy zostali ministrantami nie chciałem chodzić do kościoła. Po interwencji rodziców zacząłem bywać na Mszach Świętych, jednak zawsze siadałem z tyłu kościoła tak, aby mnie nikt nie widział, ani ksiądz, ani służba liturgiczna. Po upływie jakiegoś czasu, chęć bycia ministrantem przeszła i z Wiarą też nie do końca było dobrze. Często opuszczałem Msze Święte.

Teraz z perspektywy czasu widzę, jaką bardzo ważną rolę odgrywa dobre kształtowanie młodego człowieka.

Po upływie kilku lat, po wielu doświadczeniach zacząłem regularnie chodzić do kościoła, w codziennym życiu pojawiła się modlitwa. Pewnego razu będąc na roratach, obserwując dzieci chodzące z lampionami po kościele, dostrzegłem Pana Jezusa na Krzyżu który je prowadził. Krzyż był dumnie niesiony przez Nadzwyczajnego Szafarza Komunii Świętej. Patrząc na ten obraz, poczułem, że to właśnie ja chciałbym dumnie nosić Krzyż, który tak wiele znaczy. Długo myślałem nad tym czy ponownie spróbować służyć przy Ołtarzu. Na kolędzie Ksiądz zachęcał mnie do wstąpienia do KSM, które to zaczynało swoje istnienie w naszej parafii. Zgodziłem się, i od razu powiedziałem że chciałbym zostać ministrantem. Kapłan zaproponował mi bycie lektorem, bez chwili zastanowienia się zgodziłem. Od razu zabraliśmy się do pracy, moim zadaniem było czytać w domu wybrane przez księdza czytania, następnie rozmawialiśmy o nich abym bardziej rozumiał sens czytanego tekstu. Wraz z poznawaniem zasad proklamowania Słowa Bożego, na nowo uczyłem się służyć do Mszy Świętej. Rozpierała mnie duma, gdy pierwszy raz mogłem proklamować Słowo Boże. To był niezapomniany dzień, chociaż czytałem bez stroju liturgicznego. Po kilku tygodniach i zdaniu egzaminu u księdza wikariusza, mogłem otrzymać albę. Została mi ona wręczona podczas Sumy, głównej Mszy w parafii. Z ręką na Piśmie Świętym składałem przyrzeczenie, że godnie będę proklamował Słowo Boże, a moja alba została poświęcona przez proboszcza. Byłem bardzo dumny z siebie, że potrafiłem osiągnąć tak wiele, że będę mógł służyć Bogu. Złe wspomnienia z początków ministrantury szybko się zatarły i pozostawiły swoje odbicie w pozytywny sposób. Zawsze cierpliwie i z dobrymi zamiarami kierowałem kandydatami na ministrantów.

Bardzo zaangażowałem się w służenie przy Ołtarzu, zawsze nosiłem Krzyż w procesji, co było dla mnie bardzo ważne i zwieńczało moją posługę. W roku 2013 do naszej parafii przybył nowy ksiądz, który dostał pod opiekę ministrantów. Widząc moje zaangażowanie zaproponował mi kurs ceremoniarza. Nie wiedziałem co to znaczy być ceremoniarzem i jak taki kurs wygląda. Kapłan wszystko mi wytłumaczył, powiedział, że głębiej poznam piękno liturgii i zgłębię moją Wiarę. Oczywiście zgodziłem się na odbycie kursu, który odbywał się na gmachu Collegium Marianum tuż obok Wyższego Seminarium Duchownego w Pelplinie. Podczas każdego zjazdu, zgłębialiśmy wiedzę na temat Wiary i liturgii. Każdy następny zjazd zaczynał się od egzaminu, aby nasza nauka przynosiła owoce. Ta forma pogłębiania wiary bardzo przypadła mi do gustu i nie mogłem się doczekać kolejnych spotkań. Po upływie kursu i zdaniu egzaminu końcowego przyszedł czas na promocję na pełnoprawnych ceremoniarzy. Krzyże, które noszą ceremoniarze zakładał nam sam Biskup Pelpliński. To było bardzo wielkie wydarzenie w moim życiu, na tą uroczystość przyjechała moja najbliższa rodzina i moja dziewczyna, teraźniejsza narzeczona. Od tej pory jestem ceremoniarzem i co roku odbywam rekolekcje w Pelplinie, jest to czas na odświeżenie informacji dotyczących służby liturgicznej, ale przede wszystkim na głęboką zadumę i modlitwę. Bóg mieszka w moim życiu i sercu, służę przy Ołtarzu, jestem blisko Pana. Nie bójcie się podejmować kroków w Waszym życiu aby być bliżej Boga. Nie każdy ministrant musi zostać księdzem, ja jestem ceremoniarzem, często bywam w kościele i pogrążam się w modlitwie. Mam narzeczoną, z którą planujemy ślub, Bóg jest z nami na co dzień i pomaga nam w codziennych trudnościach. Wam też pomoże, tylko musie Go zaprosić i zrobić miejsce w swoim życiu dla Pana Boga.

Mariusz - ceremoniarz

 

ministranci.diecezja-pelplin.pl / 2016 / Archiwum

Projekt i realizacja: Seweryn Sildatk